Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzenckie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzenckie. Pokaż wszystkie posty
Zwiastun burzy

Zwiastun burzy





„Zwiastun burzy”. Ciemne chmury, rozbłyski piorunów w oddali, pomruki dochodzące z wnętrza cumulonimbusa. Niepokój, czy niebezpieczeństwo ominie moje bezpieczne schronienie, czy jednak będę drżeć w obawie o swoje życie w pierwotnym strachu. Nie wyobrażam sobie przeżywania sztormu na morzu. Bezradności i pokładania nadziei jedynie w modlitwie do bóstw opiekuńczych. Na początku zupełnie nie rozumiałam, wyboru polskiego tytułu, lecz po takiej wizualizacji wydaje mi się, że zrozumiałam intencję tłumaczki i wydawcy.



W pierwszym tomie Uhtred dorósł, założył rodzinę i zrobił co mógł, by powrócić na łono ojczyzny jako angielski bohater. Lecz już na pierwszych kartach opowieści autor wyraźnie pokazuje, iż dorosły nie oznacza dojrzały. A brawura i buńczuczność, tak przydatne na polu bitwy, niekoniecznie zjednują przyjaciół i łaskę wielmożnych. Lecz po cóż słuchać rad starszych? W gorącej wodzie kąpany młodzieniec, wraca do tego co zna – walki i bogacenia się przemocą. W końcu nad jego głową wiszą chciwi wierzyciele, rodzina domaga się opieki, a Wikingowie wydają się być co raz bardziej agresywni… A co siedzi w duszy tego człowieka powoduje, że czytelnik nie raz westchnie ze zdziwienia.

Fabuła, mimo wielu potyczek, których opisy, zwykle powodowały u mnie irytację, prowadzona w Cornwellowski, gawędziarski sposób znów podbiła moje serce. Wojowie, których różni prawie wszystko, od wyznawanych ideałów do sposobu przygotowania się do walki, łączy ten sam cel – zdobyć jak najwięcej. Nieważne jakim kosztem. Lecz czasem trudno podnieść rękę na kogoś bliskiego. I jak wybrać pomiędzy lojalnością sercu a lojalnością powinności? Jaką ścieżką podażą bohaterowie? Mam tylko jedno, malutkie zastrzeżenie – nie wiem, w jakim odstępie czasu książki były wydawane w oryginale, ale czytając je jedna po drugiej, mam wrażenie, że autor ma mnie za sklerotyka :D Przypomina fakty powtarzane w poprzednim tomie niczym refren, a opinii na temat zdarzeń czy osób wydają się irytującym, źle zagranym dźwiękiem w symfonii słów. Jednak z pewnością pomoże odnaleźć się w głównym wątku czytelnikom, którzy będą mieć dłuższą przerwę pomiędzy kolejnymi tomami.

A jeśli już o bohaterach mowa, oprócz grającego pierwsze skrzypce Uthreda, uwagę przykuwa kreacja króla Alfreda i inteligentnej Iseult. Król, mimo swoich wad, potrafi zjednoczyć wojowników, tchnąć w nich ducha i stawiać opór najeźdźcy. Lecz czy na pewno to tylko jego zasługa? Natomiast Iseult jest dla mnie personifikacją losu każdej inteligentnej i zdolnej kobiety, żyjącej w czasach, które nie były dla niej łaskawe. Wyobraźcie sobie, że jeżeli szybko będziecie kojarzyć fakty, logicznie myśleć i zręcznie wykorzystywać sytuacje, co przecież potrafi tylko mężczyzna, zostaniecie oskarżone o czary i w stronniczym procesie skazane na śmierć. Tylko naprawdę silne kobiety, jak Iseult, potrafiły nagiąć ten nieprzyjazny świat do swojej woli. Mam nadzieję, że w kolejnej części nie zabraknie tej niesamowitej postaci – czuję w kościach, że znalazłam moją ulubioną bohaterkę w całej serii.

Podziwiam biegłość autora, który tchnął życie w suche, historyczne fakty, łącząc je spoiwem swojej wyobraźni, nadając im kolory, kształty, twarze i charakter. Drugi tom zdecydowanie sprostał wyzwaniu, które postawiła przed nim pierwsza cześć. Niczym topór rzucony do wody, chcę nadal zanurzać się w tej historii, aż dotrę do sedna i zrozumiem duszę zarówno Sasa jak i Wikinga toczące w Uhtredzie wojny na śmierć i życie. I zerkając na tytuł trzeciego tomu: intrygujące jest, który naród będzie tytułowany „Panowie północy”?
Niebo na własność

Niebo na własność


Obawiałam się tej książki. Tematyka śmiertelnych chorób, szczególnie, gdy występują one u dzieci, wymaga od autora niesamowitej wrażliwości i delikatności. Niczym w „Oskar i Pani Róża”. Nawet mnie, osobie piszącej tylko opinię, jest ciężko znaleźć odpowiednie słowa. Szczególnie, gdy autor postanowił podjąć się niełatwego zadania opisania procesu przechodzenia przez chorobę z perspektywy rodzica. Sama myśl, że tak ogromna liczba osób codziennie dotyka piekła ciężkiej choroby dziecka, sprawia, że uginają się pode mną nogi, a serce pęka i uwiera ostrym kantem sumienie. 





Historia zaczyna się zwyczajnie. Mężczyzna poznaje kobietę, postanawiają założyć rodzinę i po wielu trudnościach rodzina powiększa się o wymarzonego potomka. Wyobrażacie sobie ich szczęście i miłość bijącą z tej trójki? Czy ktokolwiek trzymając na rękach swoje nowonarodzone dziecko, podejrzewa, że będzie musiał się z nim rozstać? Że będzie musiał nagle, za kilka lat walczyć o każdy jego oddech i mieć nadzieję, że zobaczy jeszcze jeden jego uśmiech? Na Annę i Roba, ta wiadomość spadła niczym grom z jasnego nieba. Walczą i wygrywają pierwszą batalię o zdrowie dziecka. Jednak los kolejny raz pokazuje im, że nic nie jest wieczne… A miłość nie wszystko potrafi zwyciężyć…
Przechodziłam przez cały proces wraz z bohaterami, zatrzymując się co kilkanaście stron i próbując powstrzymać płacz. Możliwe, że ta książka zostanie określona melodramatycznym wyciskaczem łez. Lecz doskonale wiem co nadzieja potrafi zrobić z człowiekiem, gdy wszystkie środki zawiodą. I nie życzę nikomu przechodzić przez sytuację, w której słowa: „oddałabym wszystko, żeby najbliższa osoba mogła pozostać na tym świecie” przestają być tylko pustym frazesem. Dostając poszarpane urywki wspomnień, widząc ich ból pomieszany z nadzieją, obserwując psychikę bliskiej relacji, krok po kroku składałam obraz rodziny, z której miłość wypływa przez szczeliny sporów, a wrócić nie ma którędy, bo serca są zbyt skostniałe od nieustającego bólu i pustki. Gdy w głowie kołacze się pytanie, dlaczego moje dziecko? Gdzie jest granica ludzkiego bólu? Kiedy, by uratować człowieka, przestajemy zważać na uczucia innych ludzi? Kiedy zatapiamy się w smutku tak mocno, że przestajemy zauważać, że inni dzielą te same uczucia? Gdy zaczynamy ranić innych, obwiniając ich, za swój ból i bezradność? 

Podziwiam, autora za obrazowość. Za wnikliwą obserwację ludzkiej psychiki i procesów zachodzących w człowieku i w jego relacjach z innymi pod wpływem silnej sytuacji stresowej. Uważam, że bardzo dobrym wyjściem było skupienie się na postaci Roba. Zataczanie co raz większych kręgów wokół jego osoby, poznawanie co raz to nowych szczegółów, jest niczym rozmowa z bohaterem. Urzekły mnie listy ukryte w kodzie, pomysł na stronę i wzruszające wyjaśnienie tytułu książki czekające na czytelnika w ostatnim rozdziale. Mam nadzieję, że „Słoneczniki” istnieją naprawdę <3 Chociaż tak cukierkowego zakończenia się nie spodziewałam. Po całej gamie emocji, zakończyć to w ten sposób? Nie mieści mi się to w głowie. Lecz może czas leczy i takie rany? Kto wie, jutra może nie być, wiec w sumie po cóż skupiać się na tym co złe i rozdrapywać stare rany? 

Myślę, że warto poświęcić chwilę czasu tej pozycji. Spojrzeć na własne życie, czy i nas nie gubi zatonięcie we własnych problemach, nie widząc drugiej osoby tonącej obok czy wyciągniętej pomocnej ręki. I pamiętać, co mówi stare, chińskie przysłowie: „Nawet najczarniejsza chmura ma srebrne brzegi”
LADIES MAN

LADIES MAN

Nie przepadam ze harlequinami. Przeczytałam kilka w szkole średniej, zdenerwowały mnie swoją schematycznością i na długi czas skutecznie zniechęciły do czytania nie tyko romansów, ale i literatury obyczajowej. Powolutku przekonałam się do obyczajówek, ale awersja do tzw. „literatury kobiecej” nadal pozostała. Jednak gdy co raz głośniej robiło się o pani Katy Evans za sprawą serii „Real”, a później „Manwhore”, a opinie na temat jej książek były w gruncie rzeczy pozytywne, postanowiłam sięgnąć po zachwalaną mi przez koleżankę pozycję „Ladies man”. Miałam nadzieję, że jak w przypadku powieści obyczajowych, dam się przekonać i urozmaicę sobie czytanie fantastyki innymi gatunkami. 



Na początku historia zapowiada się niewinnie. Przystojny, bogaty facet i jego przyjaciółka, która pijana, postanawia zaryzykować i powiedzieć, że ma do niego słabość. Na imprezach, po alkoholu, nie takie rzeczy się dzieją. Tahoe okazuje się rycerski, żartobliwie ją spławia i wydaje się, że wszystko jest w porządku. Gina znajduje chłopaka, od czasu do czasu widuje obiekt swoich westchnień – w końcu należą do jednej paczki, jeżdżą na wycieczki. Nawiasem mówiąc, leczenie kimś złamanego serca się, nie sprawdza, ale to moja prywatna opinia. W międzyczasie Tahoe pomaga Ginie z poszukiwaniami domu i pomaga pozbierać się w trudnych sytuacjach – tak w końcu robią przyjaciele. Ale później już się robi mniej cukierkowo. Ja się grzecznie pytam – w jakim kurorcie są przeźroczyste, zewnętrzne kabiny prysznicowe, gdzie możesz podziwiać nagiego sąsiada wracając ze swojego domku? Jak można wyleczyć ból po stracie ukochanej osoby, sypiając z kim popadnie jednocześnie tłumacząc komuś, że nie chce się go krzywdzić podejściem, które sugeruje, że wszystkie jego partnerki są jedynie dekoracją i nie ma do nich za grosz szacunku? Kto całuję swoją kumpelę, mówiąc, że to nie ma sensu i później zabiera ją na wypad do rodziców? I dlaczego faceta idealizujemy, jest niczym półbóg, idealny z każdej strony, a jednocześnie cieszymy się, że dziewczyna podoba mu się bez makijażu, w potarganych włosach i bez figury modelki. I akcja ze zdjęciami – jak dla mnie chore. Brzmi jak klasyczny przykład toksycznej relacji… A ostatnie kilkanaście stron – nie mogłam – tyle bezsensu na raz to zbyt duży ciężar. 

Z każdą stroną zmarszczenie brwi pogłębiało się i narastała myśl dzwoniąca z tyłu głowy, czy naprawdę ktoś chciałby coś takiego przeżyć (ja bym padła psychicznie) i jak wyglądałaby ta relacja po dłuższym czasie. Gdzie zaufanie, gdzie poleganie na sobie? Miłość wszystko wybaczy i zaleczy? Chyba nie taka jak przedstawiona w tej opowieści. A później się dziwimy, że kobiety się dają krzywdzić swoim facetom i mówią, że na bank pod tym bad boyem siedzi dobry facet i one go zmienią. A robienie awantur i chorobliwa zazdrość, to oznaka, że partnerowi zależy. Taaaa… No chyba nie. 

Książki nie polecam. Miałam ochotę zostawić ją na tej ławce i o niej zapomnieć... Zupełnie nie trafiła w mój gust, nie zgadzam się z jej filozofią, bohaterowie do mnie nie przemawiają. Co nie zmienia faktu, że takich par jest pełno na świecie, może nawet w moim sąsiedztwie. „Ladies man” doczytałam do końca tylko i wyłącznie dlatego, żeby móc się rzetelnie odnieść do całości historii, męcząc się i prawie płacząc nad głupotą ludzką. Niestety nadal trwam w przekonaniu, że kobiety nie umieją pisać erotyków. Chyba, że ktoś z Was ma do polecenia NAPRAWDĘ dobrą historię, wtedy odważę się spróbować. Propozycje? :D
Spętani przeznaczeniem

Spętani przeznaczeniem



Znacie nazwisko Roth? Coś dzwoni? Widzieliście je na okładce książki czy na filmowym ekranie? Jednak dziś nie poruszę tematu słynnej "Niezgodnej". Trafiła do mnie druga część nowej serii autorki pt.: "Spętani przeznaczeniem". Czy oprócz zabójczej okładki (mam dwie słabości: połączenie złota z granatem lub srebra z fioletem) i niesamowicie trafnego tytułu, książka prezentuje sobą coś więcej? Czy naprawdę jest to #najlepszaksiążkaveronikiroth? Przekonajmy się....




Już w pierwszej części dowiadujemy się, że los Akosa jest uzależniony od losu Cyry, posiadającej niezbyt porywające przeznaczenie lecz znanej w całej galaktyce ze śmiercionośnego daru nurtu. Bohaterów zastajemy w tym samym miejscu, w którym opuściliśmy ich w pierwszym tomie - zszokowanych otrzymaną informacją, szukających schronienia i planujących dalsze posunięcia.

Początkowo akcja rozgrywa się na statku kosmicznym, gdzie podzielona załoga trwa w impasie - czy tylko mnie ta sytuacja przypomina "Star Wars"? Następnie wraz z bohaterami zwiedzamy zakątki wszechświata jednocześnie obserwując z kilku perspektyw utarczki polityczne pomiędzy Shotet i Thuve, które rezonują w większej skali niż komukolwiek się wydawało. Przez pierwszą połowę książki, opowieść jest po prostu nudna, wręcz usypia. Wątki gubią się w patrzeniu w kosmos lub zapętlone, gonią własny ogon. Aż tu nagle w czytelnika uderza leciutko rzucona przez wyrocznię uwaga, która zachwiała wszystkim w co wierzyła dwójka głównych bohaterów. Niczym cios między oczy.

Śledząc jak bohaterowie próbują odnaleźć się w nowej rzeczywistości, stawiając pierwsze kroki w niepasujących na nich butach, gdy świat wymaga od nich o wiele więcej powodowała we mnie smutek i ból. Niepewność czy linia przeznaczenia okaże się liną ratunkową, więzami krępującymi ruchy czy stryczkiem, nadawała książce rumieńców. To wyczekiwanie kiedy bezlitosny los za pomocą nurtu, pociągnie za sznurek lub pozwoli mu się urwać. W drugiej części akcja już nie nudziła, lecz kipiała od napięcia trzymając czytelnika w szachu, grożąc, że zaraz zza zaułka wychynie jakieś niespodziewane wydarzenie. A finał? Pozamiatał.

Według mnie książka stanowczo zyskała by na utracie kilkuset stron z pierwszej połowy. Można by zostawić przecudnej urody opisy Galaktyki oraz zwyczajów na każdej z planet i dołożyć akcję z drugiej połowy - według mnie te dwie rzeczy czynią książkę wyjątkową. Tak, myślę, że wtedy byłaby to istotnie najlepsza książka. A tak jest średnia... Ale kocham ją od połowy xD Można tak? :D
Goodbye Days

Goodbye Days



Czytaliście opis tej książki? Chłopak o imieniu Carver zostaje obwiniony o śmierć przyjaciół, ponieważ wysłał sms do jednego z nich, wiedząc, że na pewno w tej właśnie chwili siedzi za kierownicą. Na początku moją reakcją było zniesmaczenie i stwierdzenie, że większego bezsensu nie widziałam na oczy. Jednak postanowiłam dać tej książce szansę. I z tą decyzją nic wspólnego nie miał fakt, że autor "Goodbye Days", Jeff Zentner prowadzi rockowe obozy dla młodzieży (Camp Rock 💓). Może tylko troszkę.^^ I powiem Wam, że "Goodbay days" jest książką, którą nie należy oceniać po okładce^^ A przed czytaniem, polecam zaopatrzyć się w chusteczki.




Po głębokim przemyśleniu, twierdzę, że powieść chce zwrócić uwagę Czytelnika na dwie sprawy: kwestię korzystania z telefonów podczas prowadzenia samochodu oraz przeróżne sposoby przeżywania żałoby przez bliskich osób, których śmierć nadeszła zbyt niespodziewanie. Myślę, że pierwsze z zagadnień bezsprzecznie pozostaje do określenia jako niebezpieczne, jednak ciągle trzeba o tym przypominać - zbyt szybo ulatuje z pamięci, gdy wciągnie nas rozmowa czy przeglądanie ostatnich newsów. A co do drugiej sprawy. Współczuję Carterowi. Jedno wydarzenie, roztrzaskało świat, który znał. Ale to on musi być na tyle dojrzały, by nie tylko poradzić sobie z bólem po stracie swoich najlepszych przyjaciół ale i z reakcją społeczeństwa, rodzin zmarłych i natarczywością dziennikarzy. Jednak najgorzej gdy, sam zaczyna przekonywać się do bezpodstawnych oskarżeń o spowodowanie wypadku. Bo przecież to ma sens prawda?

Paredoila. Jedno z moich ulubionych słów. Tak nazywa się skłonność umysłów do wyszukiwania znanych kształtów w chaotycznych wzorach. (...) Z tym, że oznacza zjawisko, które nie zawsze bywa piękne.

Nie zdawałam sobie sprawy, że na tyle sposobów można zareagować na śmierć. Wściekłością, zrozumieniem, racjonalnym podejściem, rozpaczą, wiarą, zrzuceniem winy na kogoś z zewnątrz, zapomnieniem w naukowych faktach, potrzebą pociechy, zbliżeniem się zranionych osób. I uświadomić sobie, że pozostali ludzie znali Twojego syna, wnuka czy przyjaciela z zupełnie innej strony. Jednak najpiękniejsze były słowa babuni Betsy:

Moim zdanie, jeśli ktoś uważa, że jego ostatni dzień na świecie powinien od codzienności, to najwyższa pora, by poważnie przemyślał swoje życie.
Najchętniej przepisałabym Wam połowę książki, sami widzicie, ile zakładek indeksujących zużyłam podczas zapoznawani się z historią. Polubiłam bohaterów, byli prawdziwi. Sama w swoim życiu przeżyłam stratę bliskiej osoby i wiem, że w rozpaczy nawet postawa sędziego kieruje się swoją logiką. Autor mimo nadużywania patosu w niektórych miejscach, ma zdolność do niesamowicie plastycznych opisów - mój ulubiony to widok miasta na 97 stronie 💓 A wątek romantyczny wkrada się pomiędzy zdruzgotane historie niepostrzeżenie, niczym ołów sklejający kawałki szkła, by powstał piękny witraż. Ta historia może dostarczyć Czytelnikowi cały wachlarz emocji zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. I znów się powtórzę, mimo, że jest to książka skierowana do młodzieży, dorośli również powinni po nią sięgnąć. Zerknąć na świat przez oczy młodszych, którzy, nie są pozbawieni mądrości i swoich spostrzeżeń.

Podsumowując, "Goodbay Days" jest książką pełną rożnorakich spojrzeń na temat żałoby, pełną emocji i trzeźwego spojrzenia na świat oraz zasady w nim panujące. Na to jak nasz osąd, mózg czy uczucia mają wpływ na ocenę jednego prostego faktu. I na zakończenie zostawiam jeszcze jeden piękny cytat:

Mówię, że wierzę, że ludzie są historiami złożonymi z oddechu, krwi i pamięci.


Za książkę dziękuję Wydawnictwu Jaguar.
                                                                                              

POLECANY POST

Zwiastun burzy

„Zwiastun burzy”. Ciemne chmury, rozbłyski piorunów w oddali, pomruki dochodzące z wnętrza cumulonimbusa. Niepokój, czy niebezpiecze...

Copyright © 2014 Zaczytany Glonek , Blogger